wawel

Home » książki » Hospicjum kultury europejskiej czyli Franz Kafka

Hospicjum kultury europejskiej czyli Franz Kafka

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Join 6 other followers

Franz Kafka jako… Wielki Masturbator ze swą wymarzoną Kobieto-Ameryką

Książki Franza Kafki palili faszyści i chcieli spalić francuscy socjaliści. Czy są książki, które lepiej spalić niż czytać? Czy domniemane wartości artystyczne książki mogą usprawiedliwić jej ewidentną toksyczność? I przede wszystkim, czy rodzicom może być obojętne, co jakieś anonimowe gremium ustala dla ich dzieci jako obowiązkową lekturę? Przed takim pytaniami staje każdy myślący czytelnik prozatorskiej spuścizny Franza Kafki zwłaszcza, gdy wie o tym, iż jedno z jego dzieł, „Proces”, jest obowiązkową lekturą licealną.

Co roku, przy okazji przyznawania literackiej Nagrody Nobla rozlegają się lamenty, jak nisko upadła kultura starej, dumnej Europy. Lamenty słuszne, ale cóż po lamentacjach Jeremiasza, gdy kasza przypaliła się wraz z garnkiem już 100 lat temu. Prześledzenie jak deprecjonowano literacką Nagrodę Nobla daje nam wyobrażenie o stopniowym upadku europejskiej kultury, gdyż degradacja obu tych zjawisk – jak się zdaje – koincyduje z sobą. Pierwszym objawem zachorzenia noblowskiego precjozum był Nobel w 1921 r. dla Anatola France`a. Później już poszło gładko. G.B.Shaw, G.Deledda, S.Lewis, P.S.Buck, M.Szołochow, H. Böll, W.Soyinka, T.Morrison, D.Fo, J.Saramago, E.Jelinek, S.Aleksijewicz – wymieniam tylko najwybitniejsze nieporozumienia… Karykatura wielkiej literatury, jaką jest pisanina Elfriede Jelinek – nie spadła z nieba. To nie dopust boży, tylko logiczne zwieńczenie wiotczenia więzadeł łączących sztukę z Pięknem i Prawdą i żenienia jej z przeróżnymi lobby i interesami politycznymi. A zaczęło się, być może, od rozgłosu jaki zyskało dzieło Franza Kafki, który, co prawda Nobla nie dostał, gdyż za mało opublikował za życia – za to ci, co wylansowali go, odpowiedzialni są za postawienie kryteriów estetycznych na głowie. Nie dziwi też, że wśród laureatów Nobla jest wielu egzegetów jego dzieł. Za życia Kafki zaczął się zjazd z górki dla kultury Europy. Dzisiaj jesteśmy już u podnóża tej, niegdyś górującej na horyzontem świata góry. Niżej jest już tylko bagno. Praski nadinspektor do spraw ubezpieczeń robotników może być ikoną upadku kultury w Europie i kluczem do zrozumienia przyczyn tego kryzysu. Jelinek nie spadła z nieba (czy raczej nie wygrzebała się z piekła). Jelinek to nie dopust boży – to logiczna konsekwencja zapoczątkowana losami dzieł Kafki i jej propagandy.

Dzieła Kafki mają urok zatopionych okrętów, takich jak z obrazów Beksińskiego. Zachwyt nad cyzelatorstwem szczegółu unicestwiającego całość. Epatowanie rozsypywaniem się form sensu.

Jego dzieło jest adekwatnym reportażem z zaplątania. Pornografią metafizyczną. Hipnotyzujący przewodnik po węźle gordyjskim, tak obrazowo nas zapoznający ze wszystkimi splotami węzła gordyjskiego, że gdy zbliża się koniec wycieczki – z przerażeniem odkrywamy, ze nie możemy ruszyć ani ręką, ani nogą, bo jakieś szare zwoje nas oplatają. Są to szare – dosłownie i w przenośni – zwoje mózgowe Franza Kafki z których drgnień czujemy, iż cieszą się, że znalazły kogoś, kto uległ ich wijowatości. Taki ktoś… nie powinien pisać. Jak głosi kabała: Moc słowa jest nieogarniona. Jednym słowem możemy stwarzać światy. I unicestwiać światy. Gdy ktoś stwarza światy oplątujące czytelnika i zarazem unicestwia światy sensu – wina może być mu po wielokroć liczona. Czy stosując taki mnożnik trzeba by policzyć wartość głównych dzieł nadinspektora Zakładu Ubezpieczeń Robotników od Wypadków Królestwa Czeskiego w Pradze?

I     JÓZEF K. alias SKARGOTOK, ZAKOCHANY W SWOJEJ SKARDZE

„moja zaś skarga jest możliwie doskonała, nie urywa się tak nagle jak skarga prawdziwa, lecz trwa piękna i czysta”. [Franz Kafka]

Trylogia Kafki, to pełen żalu hymn zamierania, niedokończona agonia. Proces finalny, czyli śmiertelne zejście – kontynuowany jest po odłożeniu ksiązki i dokonuje się w umyśle czytelnika a rozciągnięty jest na długie lata. Kafka nie dokończył swych trzech głównych powieści, bo podświadomie chciał na nas wymusić, byśmy je za niego sfinalizowali. Dokańczanie powieść Kafki przez czytelników jest duchowym obumieraniem czytelników. Kafka raz przyjęty z ufnością – rzuca swój mroczny cień na barwne skrzydła motyla naszej duszy tak długo, aż zmieni go w ćmę. Ćmę, która jest zdolna odkryć światło jedynie w chwili swojej śmierci, gdy ginie na małej, zgrabnej szklanej bańce. Jeśli chodzi o mnie, to ja… dziękuję za Kafkę. Póki mam wybór, zamawiam coś innego. I żałuję, że moje drogi kiedyś, gdy byłem młody, ufny, szukający światła – przecięły się z jego moczarami, z tym aptekarzem zafascynowanym mocą arszeniku, z tym ogniskiem tlącym się niespotykanym szarym światłem.
Światłem będącym nie do odróżnienia od kurzu…

Czy jego książki powinny być częścią kanonu lektur dla szkół średnich? Dla estetów, widzących drzewa, a nie las i zachwycających się – wg mnie całkiem na wyrost – sprawnością pióra Kafki, mam takie porównanie. Jest wiele pysznych, wysokogatunkowych alkoholi. Ale czy komukolwiek przychodzi do głowy otwierać sklep monopolowy w szkole? Czy jest rodzic, który by na coś takiego nie zaoponował? A na to, że w lekturach szkolnych jest Kafka, nikt z rodziców nie zwraca uwagi… Kafka to niesławnej renomy dr Walter J. Freeman, amerykański lekarz, neurochirurg specjalizujący się w lobotomii, zwolennik psychochirurgii. Freeman wbijał szpikulec do lodu przez oczodół pacjenta (wprowadzając go pod gałkę oczną) “obracał go jak mieszadełka do koktajli wewnątrz mózgu”. Miało to przecinać wkłókna nerwowe łączące człowe płaty mózgowe z międzymózgowiem w celu redukcji procesów emocjonalnych. Gdy stwierdzono, że przecinał nie tylko pod okiem, ale i… “na oko”, unicestwiając także inne połączenia mózgowe – lobotomii zakazano. Lektury Kafki jeszcze nie zakazano, choć skutki podobne. Lobotomia i dealerka narkotykowa Kafki mogą przyczyniać się do tworzenia “mięsa armatniego” dla państw lub do produkcji idealnego automatu wypełniającego funkcje obywatela. Zastraszonego, wciąż czującego się winnym winą bezprzedmiotową, pozbawionego uśmiechu i dystansu i żyjącemu w bajce, w czarnej bajce pośród tysięcy identycznych manekinów, panów i pań A.B.C.D. ażdo K. O żesz K.!
Franz Kafka i hospicjum kultury europejskiej czyli nagi król gałganiarzy
Szczegół ubóstwiony to miłość pacjentów zakładów dla umysłowo chorych. Każdy ordynator ma kilka sposobów na szybkie wyrwanie się z nawały opowieści swych kolejnych pacjentów. I nikt tak jak oni nie zagłębia się w szczegóły swych wizji, półwizji i półsnów. Kiedy dajemy ruchem ciała znak, iż szykujemy się do wyjścia, gdyż czekają inni pacjenci, nasz spowiadający się zaczyna się denerwować i na zmianę, to krzykiem, to szeptem mówi: „Chcecie się mnie pozbyć, wiem o tym! Nie uda się to wam! Ja jeszcze nie skończyłem!” Biedny. Myśli, że ordynator nie wie, że on jeszcze nigdy niczego nie skończył. I właśnie dlatego znalazł się w tym zakładzie…

Nie kończył żadnej ze swych “wielkich powieści”, szukał jakiejś przytulnie hermetycznej piwnicy, by zarzucić rodzinę i znajomych całą serią następnych, które z pewnością też byłyby niedokończone. Kafka nigdy nie istniał – taka jest ekscentryczna prawda o nim.  Jego podanie o pozwolenie mu na to, by się narodzić, rozpoczęte retorycznym pytaniem: „Czy warto?” – pozostało nie wysłane, gdyż go nie dokończ……

I I  OSŁUPIENIE  CZYLI KATATONIA I REGRESJA DUCHA

Kafka jest wnukiem „trzech sióstr” Czechowa marzących o wyjeździe „gdzieś”, o ucieczce w wyobrażone „tam”. Ale nie wyjadą ani one – będą patrzyły tylko rozmarzonym wzrokiem w dal, w… siną dal. Ani on – będzie marzył o znalezieniu sobie idealnej piwnicy do spisywania swoich marzeń przeplatanych snem o imigracji do Ameryki Obiecanej. W gruncie rzeczy – tylko o to mu chodzi. Figura szukania w jakimś zakątku ziemi azylu – jest tylko figurą ślimaka chowającego się w skorupie. Nadzieja na ukrycie się przed życiem, by móc dzień i noc pisać o braku nadziei i marności życia. Czyli po prostu… pierwiastek kwadratowy z braku nadziei. Prawdziwa nadzieja ma źródła jeśli nie w górze, to chociażby we wznoszeniu się. Jego pierwiastek z nadziei chce zaś tylko stać logarytmem zastygnięcia. Katatonia ducha… Szara chtoniczność zapadająca się sama w sobie na odcinku zderzania się płyt tektonicznych wrogich kontynentów.

Książki Kafki nie są dla europejczyków (czyli… chrześcijan, gdyż prawie każdy rdzenny europejczyk, także, gdy jest ateistą pozostaje w głębi stworzeniem, „produktem” chrześcijańskim). Nie niosą one dla nich żadnego istotnego przekazu. Opowieścią archetypiczną europejczyka jest ewangelia. Także niewierzącego. Relacja z życia, drogi i śmierci kogoś, kto rozpoznał siebie, dobro władające światem, oraz istotę wrogów tego dobra. Europa – źródłowo to rozpatrując – to samowiedza oraz prymat dobra, prawdy i cywilizowanego prawa. Wprawdzie ktoś – szukając europejskości Franza Kafki – mógłby rzec, że podobne jest wyobcowanie chrześcijanina – co wyobcowanie Józefa K.. I że podobne jest śmierć Jezusa do jego śmierci. Ale to nieprawda. Kafka opisuje nieświadomość dobra, ewangelie świadomość dobra. Lecz Kafka nie opisuje jej z zewnątrz, okiem choćby badacza i obserwatora, co dawałoby jakąś nadzieję na rozwój. Rysuje ją od środka, w gruncie rzeczy skarżąc się. Nie jest to też  pozachrześcijańskie “Oskarżam!”, które mogłoby zaowocować żyznym sporem. Jest to dziecięco naiwne pytanie: Czemu niczego nie rozumiem i czemu jest mi tak źle? Zadawane bez nadziei i szansy na odpowiedź. W zasadzie nie ma się tu czym dzielić z czytelnikami. Jest to przeszywający jęk. Jękzystencjalizm… Tato, mamo, ciemu? Dlaciego? I uderzanie w ryk. Stylizowany i wyrachowany niesłyszalny szloch.

Biblia egzystencjalizmu francuskiego. I on to czuł, że czymś niemęskim jest publikowanie takiego jęku, dlatego nie wydawał na to zgody. Stało się za sprawą jego przyjaciela, Maxa Broda inaczej. Dzieło poszło w świat. Jak każdemu dziełu tworzonemu przez inteligencję żydowską – jeśli tylko spełnia warunek sine qua non, czyli ani słowem nie krytykuje mentalności, tradycji i kultury żydowskiej – zapewniono mu ogólnoświatową reklamę. A ponieważ zostało napisane z pewnym, nieznacznym słownym i parabolicznym (bo przecież nie realistycznym i psychologicznym) talentem – weszło do kanonu Zachodu. Ten talent zresztą, to rzecz również dyskusyjna. Czy biurokratyczne skrupulanctwo stylu, mrożący monokl megalomana i lodową czapę nakładaną na emocje można nazwać talentem?  Jak ktoś nie ma niczego lepszego do roboty, niech sobie nazywa. Jeśli chodzi o mnie, to pamiętam kilku kolegów ze szkoły średniej, którzy „tworzyli” w podobnym stylu. Żaden z nich nie wybrał literatury jako drogi życia. Mieli samokrytycyzm, mimo wszystko, i tym przewyższali Franza…
Jęk kultury antychrześcijańskiej zaczął intrygować kulturę Zachodu. Ale czy z tego mezaliansu mogło się zrodzić coś innego, niż moda na egzystencjalizm, niż pretensjonalny bunt czarnych golfów i niż zużyta zużywaniem sardoniczna twarz Sartre`a i nawiedzony feminizm jego partnerki? Jednak wysoki stopień metaforyzacji owych kafkowskich przypowieści i kompletne wykastrowanie ich z puenty, śladów mądrości i dowodów panowania autora nad sensem i wymową dzieła – nieodzownym wszak składnikiem każdej przypowieści i każdego świadomie i dobrze skonstruowanego dzieła sztuki – spowodowały, iż jego popularność, oddziaływanie i dezinterpretacja (czyli widzenie niezmierzonej głębi w nudnym banale) nie wniosły niczego pozytywnego do kultury Zachodu. Czy dzieł równie utalentowanych pisarzy, w owym czasie, w Europie nie było wiele dziesiątek? Czy na światową popularność Kafki, do której oczywistości już tak przywykliśmy, jak do kształtu Europy na mapie – nie wpłynęła doskonałość machiny propagandowej diaspory żydowskiej, która akurat w dwóch pierwszych dekadach XX w. zaczęła imponować swoją potęgą kreacji i anihilacji dowolnych nazwisk i faktów?

III  BRZEMIĘ ARCHAICZNEJ CYWILIZACJI

Cóż to przedziwny świat pytań grzęznących w gardle, bezustannie zachmurzonego czoła, ludzi jak wyciętych z kartonu, grozy oskarżeń uważanych za nieuzasadnione, atmosfery niedokończonego kryminału, którego autor zmarł przed jego dokończeniem, lub nie wiedział jak go zakończyć. Świat jako nieudany kryminał, którego autor zmarł w trakcie roboty, choć zaludniający jego Zamek dworzanie o tym milczą a heroldowie odczytują akty łaski, wobec poddanych o których nie wiadomo, czy ich nazwiska nie są tylko chwytem retorycznym. Jakim doświadczeniom cywilizacji chrześcijańskiej XIX i XX w. odpowiada taki portret? Żadnym. Co portretuje nasz reportażysta zniewalającego smutku? Odpowiedź nie jest zbyt skomplikowana. Portretuje umysł żydowskiego inteligenta (inteligenta kiepskiego autoramentu, w młodości admiratora  socjalizmu i darwinizmu) zamieszkałego w obcym mu ustrojowo, ideologicznie i religijnie państwie. Portretuje dylematy (raczej: monomaty) diaspory europejskich wrażliwych i wykształconych Żydów znających tylko wypaczony obraz chrześcijaństwa. Nie rozumiejących narastającej atmosfery zbliżającego się konfliktu cywilizacji, czyli Zachodu ze Wschodem. Można zrozumieć zachwyt rodaków Kafki ujęciem w słowa i obrazy ich… niewiedzy, ich niezrozumienia tego, co się dzieje i swojej przeszłości. Chrześcijanina Kafka zdezorientuje i osłabi, zarazi pasywizmem, brakiem niezgody na zło, egzystencjalistę, pesymistę intelektualnie niezbyt wymagającego – zachwyci, dla Żyda, zagubionego podczas wnikania w Europę stanie się obiektem kultu.

Herling-Grudziński napisał, że „Kafka miał na myśli Nadzieję, choć brakowało mu odwagi, by nazwać ją po imieniu.”

I tu Herling się myli. Miał odwagę nazwać nadzieję. Tylko my, ulegając kabalistycznej mocy wieloznacznego słowa, słowa-zaklęcia – wkładamy w jego słowa nasze myśli i nadzieje. Jego nadzieja była banalna. Nie wciskajmy mu w usta nadmiaru metafizyki. On jej nie szukał. Choroba umysłowa jest maszkaronem metafizyki. Metafizyka rzadko rezyduje w piwnicach, a może nigdy. Nadzieja Kafki na pocz.XX w. Była ta sama, jak nadzieja jego przodków, czujących się w Europie uciskanymi przez nie rozumiane (dla nich nierozumne) państwa wyznające znienawidzoną nazarejską religię. Imię tej jego nadziei, tej nadziei kolektywnej tysięcy europejskich Żydów brzmiało… Ameryka. Tam, myśleli, że znajdą to, czego nie mogli w samych sobie znaleźć. I niczym się od nich nie różnił nasz Franz. Gdy dla jednych nadzieją jest dorośnięcie do miłości i do oglądania twarzą w twarz tego, co jedyne jest godne oglądu – dla innych nadzieją jest… przemieszczenie się do tych, którzy – na co mamy nadzieję – nie będę nas zmuszać do…samopoznania. Czyli do amerykańskiego kotła, tygla narodów akceptującego największe dziwactwa, nawet takie, którymi są modlitwy o łaskę do… samego siebie i błagania o karę dla tych, którzy nie chcą znosić naszej bezkarności.

Tak chciałeś, Franzu Kafko, wskrzesić jeden jedyny moment z dziejów swego narodu. Chwilę, gdy po pożarze świątyni i jej odbudowaniu trzeba było w niej umieścić księgę, a przecież święta księga spłonęła. Chciałeś więc być Ezdrą, preinkarnacją siebie samego. Kapłanem, który jak głosi niepotwierdzona fama – odtworzył całą świętą księgę ze swojej głowy. Ale przecież w głębi duszy wiedziałeś, że świętość nie przychodzi wg planu i że nie rodzi się na zawołanie w niczyjej głowie. I ta twoja wiedza, była przyczyną bezmierności twojego smutku. Biednyś biedą którąś wybrał. Najpierw musi święty, natchniony śpiewak (aojd) albo księga – zrodzić ludzi, by ludzie zrodzili księgę. Aojd musi sam  być Zamkiem, Procesem i Nadzieją Miłości, a nie tylko bębnić swój straceńczy monolog palcami po filiżance z lurowatą kaw(f)ką. Prawdziwy aojd nienawidzi hipnozy… A jeszcze bardziej autohipnozy. Nie ten los był ci pisany w twej piwnicy. Prawda nie zwykła porywać… nieruchomością oczu i wbijaniem wzroku w dookolny świat będący zakurzonym lustrem dla wydrążonego Ego. Pomyliłeś pojęcia, Franciszku. Bóg z tobą, Franciszku.  Nie obawiaj się, nikomu o tym nie powiem. Oprócz tych, którzy już wcześniej wiedzieli to, o czym mówię.

Europo wróć! Najeźdźcy ze wschodu przygnietli twojego wzniosłego i wykwintnego ducha ciężarem swoich dłubanych tabliczek klinowych. Oddam wszystkie tomy dzieł Kafki i jego listów za jedną stronicę Cervantesa, Goethego, Balzaka, Stendhala i Flauberta. Za jedną linijkę Horacego, Propercjusza, Kochanowskiego, Hoelderlina. Mam nadzieję, że kiedyś nie będzie chętnych na te fatamorganiczne, z ducha wiedeńskie, choć praskie post-kabalistyczne księgi nawet za… dopłatą. Miał swoje racje cesarz August nakazując spalić magiczne księgi.

IV    KAFKOWSKA TRÓJCA

Wzorce hermeneutyczne odczytywanie sensu “Procesu” jako ataku na biurokrację – były zbyt banalne na tle zaawansowanej beletrystyki Zachodniej francuskiej, niemieckiej i rosyjskiej. Poszerzona interpretacja widząca w “Procesie” krytykę nowożytnego konceptu państwa narodowego – w początkach XX w. rozmijała się z doświadczeniami narodów Europy odkrywającymi dopiero po latach walk o niepodległość satysfakcję z posiadania własnych państw. Ta druga interpretacja zgodna jednak była ze świadomą i nieświadomą walką inteligencji żydowskiej o bezpaństwowy internacjonalizm. Taki też był zapewne podświadomy sens, jeden z kilku, autorskiego zamiaru – nie do końca jednak przez niego uświadamiany sobie. Model państwa narodowego, europejski nie dopuszczał wzorca państwa w państwie, państwa pogańskiego z ducha, niepodległej moralnie i duchowo wspólnoty quasi-państwowej wewnątrz chrześcijańskiego organizmu państwowego. Kafka nie do końca pojmował ten antagonizm cywilizacyjny, odczuwał tylko jego skutki i dawał m symboliczny wyraz. Brod sugeruje, iż “Proces” to kara boska, “Zamek” łaska boska, a “Amerykę”, bez większego błędu możemy nazwać – nadzieją od Boga. Czy Bóg Kafki to Bóg chrześcijańskiej Europy? Czy też są to bogowie pozostający w stanie teomachii? A jesli tak, to dlaczego? Czy ten stan “wojny na niebiesiech” jest wieczny, czy można oczekiwać zawieszenia broni, rozejmu i wreszcie zaprowadzenia jedynowładzy we wszechświecie? Do tych pytań już Kafka nie dotarł. Są oznaki tego, iż być może chciał i próbował. Jako płaszczyznę mediacyjną zamierzał przyjąć naukę antropozofii,  przesłanie rodzącej się wtedy próby myślowego pogłębienia  XX-wiecznego chrześcijaństwa. Jednak coś – szkoda, że przeszedł w swych Dziennikach nad tym do porządku dziennego, a nie próbował zgłębić CO – nie pozwoliło mu wejść w tę oryginalną konstrukcję intelektualną. Może, tak jak w przypadku Biełego, podziałałoby to wskrzeszająco na jego martwe wprawki w dziedzinie sztuki. Pozostał obcym pośród obcych z oczyma zdziwionymi zgoła niefilozoficznym – a jedynie pełnym pretensji – zdziwieniem.

Kara, łaska i nadzieja albo wiara, nadzieja miłość. Dwie genealogie archetypów. Dwie proste równoległe, dwa ciągi liczbowe. Ciąg pierwszy jest niedokończony, urywa się nagle, brak mu miłości a kara z łaską nie mogą się porozumieć. Ciąg drugi jest korektą błędów pierwszego, żywym organizmem. Kafkę smuci sprzeczność pierwszego, a nie wie, że istnieje drugi. Wpada w otchłań pomiędzy pozornie istniejącym, i bliskim a prawdziwie istniejacym, lecz nawet nie przeczuwanym. Nie był w stanie odkryć nieznanego, bo zbyt go trzymało znane, nie lubiane i nie funkcjonujące. Napisałem „zbyt go  t r z y m a ł o”. W j.rosyjskim słowo opętanie ma rdzeń wspólny ze słowem „trzymać”. Coś trzyma mocno kogoś w swej władzy i nie puszcza. Inny jest źródłosłów polskiej nazwy na ten sam fenomen „opętanie”. Więzy, pęta, związanie, oplecenie kogoś swymi zwojami, zabranie mu swobody ruchów. Czy Kafka był opętany, одержимый? Nie wiem. Prawdziwe opętanie może nosiciela okaleczyć miotając nim. Opętanie Kafki, jeśli nim było, to było bardzo specyficzne, można rzec wyrafinowane i stylizowane. Одержимость Kafki jest nieruchomością, zastygnięciem, katatonią ducha. Одержимость Kafki chroni go. Okaleczani są tylko… czytelnicy. Okaleczani duchowo. Jeśli organiczną niezdolność można nazwać tym mianem, to był. Otchłań, w której się „zadekował”, to dziwna otchłań, między tym, co nie istnieje, i mocno trzyma, a tym, co istnieje, lecz jest niepercypowane i pozornie odpycha. Otchłań dziwna, smutna, słodka jak sącząca się z rany krew, gdy jeszcze nie wiemy, że to nasza krew i nasza rana i że to rana śmiertelna.

Odnajduję też inną trójcę Kafki. Niezmiennym komponentem życia Kafki jest jego przyjaźń z Maxem Brodem. Poznali się, gdy Brod miał 18 lat, Kafka 19. W wieku 28 lat Max Brod został aktywnym działaczem ruchu syjonistycznego. Działalność na rzecz utworzenia przyszłego państwa żydowskiego w Palestynie była treścią jego życia. Był wiceprzewodniczącym Jüdischer Nationalrat. W 1939 osiedlił się w Palestynie. Przez 30 lat pisał dla teatru żydowskiego w Tel-Awiwie, gdzie zmarł. Brod znał i zapewne inspirował nawet w szczegółach całą trylogię powieściową Kafki a po jego śmierci zajął się propagacją tych dzieł.

                                                        Max Brod – apostoł Franza Kafki

Dzieła te nadawały się idealnie do aktywizowania wyjazdu Żydów z Europy. Jak wiadomo działacze syjonistyczni, paradoksalnie, patrzyli bardzo przychylnym okiem na wzrost nastrojów „antysemickich”. Twórca syjonizmu, Teodor Herzl proponował największemu francuskiemu „antysemicie” Drumontowi współpracę z zaprzyjaźnionymi syjonistycznymi pismami! W ten scenariusz wpisywała się doskonale trylogia Kafki nad którą jak anioł (diabeł) opatrznościowy czuwał od jej początku aż do losów pośmiertnych autora – Max Brod. Interpretując ją w duchu potrzeb propagandy pro-osiedleńczej i syjonistycznej otrzymamy taki rezultat: “Proces” – Europa chrześcijańska w oczach Żyda (czyli beznadziejność absolutna plus opresyjność państw chrześcijańskich), “Zamek” – nieobecność Boga, i chrześcijańskiego i judaistycznego, każdego w ogóle, “Ameryka” – nadzieja, lecz nadzieja złudna. Co pozostaje? Wszyscy do Palestyny!

Jak widać, interpretacja egzystencjalno-psychologiczna trylogii jest równie nieatrakcyjna dla europejczyka, jak jej możliwa interpretacja syjonistyczna. Czy tak, czy tak, jest ta twórczość kompletnie niestrawna. Max Brod był pewnie zawiedziony, że opowiadania Kafki wydrukowane za życia sprzedają się tragicznie. Ale nie poddawał się i do 1968 starał się „robić” jej popularność zaprzęgając „zaprzyjaźnione” media. Uczynił siebie apostołem uchodźczej religii Kafki. Nie mamy tu niczego do szukania. To nie nasze, europejskie sprawy. Doprawdy, trzeba być niezwykle podatnym na hipnozę i obdarzonym pierwiastkiem samodestrukcji oraz kompletnie pozbawionym smaku i zmysłu piękna i harmonii, by kupować książczyny naszego biednego Franza…

V  CZARNE SŁOŃCE DEPRESJI

Zbudowałem ten schron i rezultat jest chyba doskonały. [Franz Kafka – Schron]

Niełatwo jest przezwyciężyć stan depresji [Franz Kafka – Postanowienia]

Gdybyśmy tak naprawdę, tak dogłębnie przemyśleli – nie tylko poddawali się autorskiej sugestii – świat książek Kafki – chcielibyśmy go jak najszybciej opuścić i zapomnieć o nim… Bo cóż za sens w dopuszczaniu do siebie niby-nauk głoszących z namaszczeniem, że nigdy siebie nie poznasz, nie poznasz świata i nie poznasz innych – ale konsekwencje tej niewiedzy poniesiesz niechybnie. Emocjonalnie zaraźliwa apologia wiecznej ignorancji z pietyzmem opisana. Czy jest sens, by pisali ci, którzy niczego nie mają do przekazania, bo niczego nie rozumieją? A jeśli jest, to w innym gatunku. Kafka to smutny, podrzędny liryk, który zabłąkał się na pola beletrystyki. Lektura dla tych, którzy sądzą, że już nigdy nie wyleczą się z depresji. Gdy zanurzają się w świat Kafki, łudzą się chociaż na nieliczne godziny, iż cały świat nurza się w depresji i na parę dni zapominają o swojej. Celebrują chwile swojej gorzkiej satysfakcji, że innym jest równie marnie. Jeśli taki ma być cel prozy i powieści – to Kafka jest mistrzem depresyjnego antydepresantu pozwalającego przetrwać najcięższe nawroty choroby, a jego trylogia “powieściowa” to homeopatyczne kropelki antydepresyjne, leczące podobne – podobnym, niestety, tylko na krótką chwilkę, tylko na moment ich sączenia. którego ceną są coraz to częstsze i dolegliwsze nawroty choroby. Kafka to dresiarz depresji, depresiarz.
Chorzy na depresję wiedzą, że są na nią chorzy. Nie można tego jednak nazwać… samowiedzą. Depresja jest stypą samowiedzy. Jednoosobową stypą. Kafka był cały czas świadom swej choroby, swej depresji. Ratował siebie – a nas gubił – jej transformacją w raporty medyczne z różnych jej zakamarków. Depresja Kafki była osobliwa, o przewadze czynnika intelektualnego nad emocjonalnym. Jej pogłębianie i „rozwój” nie odbywały się, jak to zwykle bywa, w czasie, tylko w przestrzeni. On przechodził „postępy” choroby, jej poszczególne fazy przesuwając wzrok i pióro po poszczególnych celach, komórkach i szufladach swojej indywidualnej Nad-matni. Z każdą kolejną fazą choroby coraz więcej chciał wiedzieć – coraz mniej mogąc wiedzieć. Ściany zbliżały się do siebie, zaciskały z każdej z czterech stron – co miast rozpaczy potęgowało jego rozkosz… Chciał być jak znikający punkt. Jak niewymierna sekunda. Jak atom.

Ulga na sekundy przyspieszająca niezauważalne pogrążanie się w cieplutkim torfowisku. Nerwowe ruchy pogoni za własnym cieniem powodujące pogrążanie się stojącego na grząskim gruncie. Ta chwila, gdy do domofonu odpowiadasz, że jesteś w domu, że wcale tak dużo już nie pijesz, i idąc do przedpokoju chwiejnym krokiem, by otworzyć drzwi – przewracasz się jak długi zawadzając nogą o długi rząd butelek. I nikt już nie wie, nawet najżyczliwsi tobie, czy jeszcze nie jest za późno, czy już jest za późno, by ci pomóc. Tym bardziej, że dajesz znać, że żadnej pomocy sobie nie życzysz. Leżąc wśród szkieł mówisz do siebie: “pieprzony świat, już niedługo wyjeżdżam do Ameryki…” Jednak do tej Ameryki nigdy nie pojedziesz. Jedyne, na co będziesz w stanie zebrać siły, to począć układać na klejącej się podłodze symetryczne plafony z potrzaskanych butelek nadziei. W Ameryce… przyjmują wszystkich, tłumaczysz sam sobie. Tam, można przywieźć z sobą swojego prywatnego boga… Boga-stworka ulepionego z gałganów i zramolałych szmatek I zasypiasz w oparach zwietrzałego alkoholu. A mówią, że religie nie wietrzeją. Nieprawda. Te, które czczą boga o nieznanym, lecz przeczuwanym jako straszne – imieniu, wietrzeją.

„ (…)spoglądać na innych zwierzęcym spoj­rzeniem, nie doznawać uczucia żalu, krótko mówiąc, tę całą resztę naszego upiornego życia zdławić własno­ręcznie, to znaczy pomnożyć jeszcze nasz ostatni, wła­ściwie grobowy już spoczynek i nic poza nim w sobie nie pozostawić” – to są postanowienia, porady Kafki dla samego siebie. Zrealizował je z biurokratyczną dokładnością. W jego utworach pojawiają się zwierzęta, zwierzęca optyka, świat opisywany z punktu widzenia kreta („Schron”) i nory kreciej oraz przemiany w zwierzęta. Gdyby zwierzęta umiały czytać, czytałyby utwory Kafki z pewną ciekawością. Aczkolwiek i to nie jest pewne…

VI  CZY MAŁY DIABEŁ MOŻE BYĆ MISTRZEM WIELKIEJ CZARNEJ MAGII?

Kafka w młodości na niektórych zdjęciach miał kształt czaszki, wyraz oczu i rysy twarzy łudząco podobne do matrycy jakiej używano w średniowieczu by kilkoma kreskami przedstawić diabła. Z wiekiem jego wygląd złagodniał. Piekła zleciły mu misję zawierania umowy na zakup duszy poprzez zgodę człowieka na przeczytane pierwszej strony jego książki. Dalej już szło gładko. Cyrograf był podpisywany przez nasz wzrok przebiegający kolejne strony. Jeśli byłby diabłem, czy byłby groźny? Na pewno dusze, które by zwerbował podstępem do przedsionka piekła, tłumacząc się im, że w czyśćcu nie ma już nawet miejsc stojących – nie byłyby liczne. Do prawdziwej demoniczności brakowało mu pełni antywiary. Ale za to te, które by zdobył dla podziemnych labiryntów ku chwale kreta – zadomowiłyby się w piekle, o czyśccu nawet nie chcąc słyszeć a o robieniu podkopów w celu wydostania się na świeże powietrze w ogóle w ich przypadku po jakimś czasie nie mogło być mowy.

Pisze Herling-Grudziński: „Po tak długim obcowaniu z Kafką, po tylu lekturach jego książek i tylu refleksjach w szkicach o nim i w zapisach dziennika, nie mogłem nigdy zrozumieć i wyjaśnić sobie jednej rzeczy. Dowiedziałem się o niej ze zdumieniem od Broda. Wierny giermek pisarza ujawnił, że podczas ulubionych recytacji fragmentów w gronie najbliższych przyjaciół Kafka wybuchał często śmiechem; i to tak zaraźliwym, że przyłączali się do niego inni, nie bardzo wiedząc, dlaczego. Najdramatyczniejsze sceny z Procesu i Zamku, historia życia i śmierci Gregora Samsy w Metamorfozie z akompaniamentem śmiechu! Od biedy mogła do śmiechu pobudzać Ameryka, ale cała reszta? Pogodziłem się już z myślą, że pozostanie tajemnicą rodowód śmiechu filozoficznego Kafki.”
Franz Kafka i hospicjum kultury europejskiej
Nie, drogi Gustawie. To nie był śmiech metafizyczny, filozoficzny. Dałeś się nabrać. To był rzadki przypadek głośnego śmiechu sarkastycznego. A może i być tak, że… diabolicznego. Jak u młodziana trafiającego z procy na pustej ulicy kolejną szklaną kulę latarni ulicznych. Kula, to obraz doskonałości. I rozsądku czytelniczego. Usłyszcie ten śmiech opętanego…

To my jesteśmy tymi szklanymi kulami. Rozsypującymi się na własną prośbę. Zaczarowani przez diabełka maleńkiego jak kornik, ale tak jak ten nieznaczny kornik mogącego zmieniać kształt całych połaci lasów i puszcz naszej duszy. Diabełka znikomego, lecz władającego potężną władzą nad duchami. A może tylko  nad duszami? Co wydaje się być zresztą o wiele gorsze…

Dzieło Kafki to księgi zaklęć z dokładnym opisem jak, kiedy i gdzie je wymawiać i pomyśleć. Niestety, każda co druga stronica, akurat te, na których winno być napisane na co są te zaklęcia – wyblakły, wypłowiały. Wypłowiały tak bardzo, że demony chorób na które te zaklęcia miały być remedium – znudzone czekaniem, aż ktoś je zacznie wyganiać, odleciały wszystkie, co do jednego. Nie mówiąc już o tym, że są to zaklęcia nie na wypędzanie chorób, lecz na ich… przywoływanie i wypędzanie dobra. Zaklęcia magiczne tak, jak reklamowana jest magiczność Pragi na kolorowych folderach. Myślisz, że biorąc do ręki jakiś tom Kafki wchodzisz do cudownej Pragi, a wkraczasz prosto w ruiny Baalbek. Nie mieści ci się w głowie, że biuro turystyczne, którego wycieczkę nabyłeś – właśnie zbankrutowało, a właściwie zbankrutowało już… zanim powstało. Dzieło Kafki to folder piekła.

Zaklęcia nie zaadresowane oraz miejsca opuszczone przez demony są – przyznajmy się do tego – tym, co przyciąga nas tak, jak ruiny przyciągają dzieci. Fascynująca w dzieciństwie, infantylna w dojrzałości – ciekawość zakamarków nicości, dreszcz możliwości osunięcia się w zasypaną piwnicę, w której spodziewamy się dostrzec ducha, trupa lub skarb. Jak daleko odeszliśmy tu od istoty tego, czym jest, czym powinno być piękno w rozumieniu klasycznym. Dreszcz dzieciństwa inny jest od dreszczu dojrzałości.  Ekstaza dziecinnej zabawy wypowiadania pospolitych zdań i słów w kierunku od końca (Franz-Znarf, Kafka-Akfak), udająca tajemny język – obca jest już nie tylko dorosłym, lecz i młodzieży. Czytając jego powieści podążając za nim, czytamy, rozbieramy rzeczy i ludzi, nie od tej strony, co trzeba, lecz od przeciwnej. Nie kumulujemy, lecz trwonimy. Z każdą przeczytaną stroną gubimy kolejny atom sensu – sądząc, że dodajemy kolejny. Magia. Tak właśnie działa magia. Taką władzę ma tylko wielki czarownik. Wielki czarownik oznacza najczęściej „mały człowiek”. Magia czarna, lub może tylko… szara – nie będę się sprzeczał. W każdym razie na pewno magia robienia na szaro wszystkiego.

VII   ZABAWY Z NIETRWAŁOŚCIĄ ŚWIATA I POGARDA CHOROBY DLA ZDROWIA

Obawiam się, że ani w „Dziejach sześciu pojęć”, ani w „Historii estetyki” Tatarkiewicza nie odnajdziemy ani jednej definicji piękna, która określałaby je, jako dreszcz odczuwany na myśl o złamaniu nogi na rumowisku lub jako zadowolenie z obserwacji agonii kogoś, kto umiera ze smutku. A tylko taki diapazon wrażeń estetycznych oferuje nam dzieło Kafki. Zapominamy o tym, jak perlistym śmiechem wybuchał, gdy czytając publicznie swoje utwory kątem oka zauważał, że aż taką uwagę wzbudzają i powagę. Nie dowierzał naiwności i głupocie swych socjuszy. Nie przypuszczał, że tak tanio uda się mu ich kupić. Kompulsywna radość falsyfikanta… Wybitny trickster, przechera i szachraj, o ile jest sens przy imieniu przestępcy stawiać epitet „wybitny”. Uważam go za najgenialniejszego… kpiarza wśród pisarzy i za najgenialniej skrywającego swoją monstrualną żądzę sławy i megalomanię quasi-literata, który wiedział, że prawdziwie wielkim pisarzem, takim jak Flaubert i Dostojewski, których skrycie wielbił – nigdy nie zostanie. Bo nigdy w nikogo na zewnątrz swego rozkochanego w swej chorobie Ego – nie wydostanie się, Nidy w nikogo się nie przeniesie, a więc i nikogo z innych ludzi nie opisze, tak jak uczynili to jego mistrzowie. Wiedział, że pozostaje mu zadręczać świat i czytelników penetracją swego głodnego wnętrza. Gdy widział, że oni słuchając tego, co im czyta – nie zauważają, że są wciągani w partykularną otchłań, na dnie której nie ma przejścia w inny świat ani zapomnianego skarbu, nie wytrzymywał i wybuchał śmiechem, śmiechem, którego nawet tak wytrawny kafkolog, jak Herling, gdy przeczytał relację o takich zachowaniach Kafki – nie zrozumiał do końca życia. Nie rozumiał – bo kochał Kafkę i jak każdy kochanek idealizował obiekt uczucia. Gdyby go aż tak nie kochał, może domyśliłby się, że sporadyczny śmiech Kafki podczas osobistej ekspozycji swoich dzieł, był pozasłownym wyrazem pogardy dla naiwności tych, którzy widzieli w tym coś i nie wiedzieli, że tracą cenne godziny życia na uczestniczenie w czyjejś autopsychoterapii, że są po prostu cynicznie wykorzystywani.

Próżnia Kafki była kpiarska. W jego prozie nie ma ani  cienia humoru, gdyż fundamentem jego osoby było skryte, wyniosłe kpiarstwo, był chodzącą kpiną z tych, którzy zgodzili się słuchać jego stęki i jęki udające literaturę. Gardził nimi, tak jak służbą, której uniżone czynności wobec siebie uwielbiał – podsuwać stopę do obucia i but do obtarcia z szarego błota. Gdy służąca otwierała mu drzwi – miało to wymiar audiencji. W jego prozie słowa „służba”, „służąca” są częste i zawsze mają posmak pomiatania człowiekiem, tak naturalnego, jak oddychanie. Jego służba nie ma imion i twarzy, jest pyłem. Ba, wiele postaci z jego miniatur, to tylko pan A., pan B., pan C. Egzystencja Kafki była tak – z duchowego punktu widzenia żałosna – że nawet sam dla siebie był tylko inicjałem, jakimś tam Józefem K. Był takim monolitem (w psychiatrii nazywa się to być owładniętym przez monoideę), że cokolwiek by nie napisał, było to idealnym oddaniem samego siebie, portretem swej niezmiennej chmury psychicznej, lecz owa automatyczna wiwisekcja nie miała nic wspólnego z samopoznaniem. Monolit, konsekwencja i monoideowość jako symptomy trawiącej go choroby mogły być odebrane jako znamiona…genialności, gdyż osobowość tak pozbawiona okien, konsekwencja tak chorobliwa zdarza się tak rzadko, że niektórzy biorą tę wyjątkowość za genialność. Nie może być większej pomyłki… Gdy zdrowie jest chwiejne, zaczyna fascynować się chorobą.
Franz Kafka i hospicjum kultury europejskiej

                                    powyżej:                              Rysunki Franza Kafki

Kafka – rosnąca w nieskończoność opuchlizna smutku, nudy i niemocy – brana za… brzemienność.

Kurz i piasek potrafią doprowadzić do awarii najdoskonalszy mechanizm czyniąc to za sprawą doskonałości swego rozproszenia.

Kafkowskie symbole unicestwiają same siebie. Są symbolami tylko na krótką chwilę, tylko na moment ich wymyślenia. Proces mu wytoczony jest pomyłką, łaska jego boga jest okrutna i nieobecna, jego marzenia śmieszą jego samego i ucieka od ich realizacji. Cały jest zbudowany z ambiwalencji i ambitendencji zachwyconych sobą. Jego symbole są górskim przewodnikiem, który prowadzi nas w przepaść. On niczego nie chce dać czytelnikowi. Jedna rzecz, że nie umie. Druga – że sam dobrze wie, iż nie ma absolutnie niczego do zaoferowania. Wszyscy sądzą, że zabijanym psychicznie, sukcesywnie na kartach Procesu Józefem K. jest sam Kafka. Nie, jego rzekoma autodestrukcja jest prowokacją wobec nas, chwytem jego głodnego Ego zamierzonym na przyciągnięcie widzów, którymi gardzi. Na prawdziwą autodestrukcję – taką w stylu Milczewskiego-Bruno, Stachury i Grochowiaka – jest za słaby, tchórzliwy i zbyt wygodny. Tych dwóch osobników w czerni i w cylindrach czających się z nożem – to jest… sam Franz Kafka. Czytelnik i każdy, kto próbuje wmyślać się empatycznie w jego patologiczny mikroświat staje się mordowanym Józefem K.. Mordowanym przez schludnego, nudnego jak uliczny kurz nadinspektora zakładu ubezpieczeń dla robotników patrzącego na nich zimnym, niewidzącym wzrokiem. Wzrokiem kreta. Nie patrzmy na jego wygrzebane kopczyki ziemi jako na przekaz. To tylko ekspresja jego kompletnie obcego ludzkiemu, podziemnego życia. Kopczyki, z którymi jedyne, co możemy zrobić, to potknąć się o nie.

Czytelnik Kafki odkładając po zakończonej lekturze jakieś z jego dzieł czuje się jak siedzący kołyszący się na rosnącym niebotycznie tronie… szkielet pośród namalowanych na niebie błyskawic wybuchający co rusz desperackim śmiechem nad swoim pogłębiającym się szaleństwem. Nad naszą naiwnością przygodnych przechodniów szukających niewiadomo czego w jego samozaspokajającym się i samowystarczalnym szaleństwie niemowlęcia, które rodząc się wyjrzało na świat i…postanowiło zawrócić.

Wielki Masturbator udający Wielkiego Architekta.

VIII NIEZWŁOCZNIE DOSTARCZYĆ NIEJAKIEMU FRANZOWI KAFCE…

Ja już nie chcę. Koniec! Zrywamy zaręczyny. Nie chcę być twoim ordynatorem, Franzu Kafko. Po prostu. To książka ma być dla mnie czasem doradcą, czasem lekarzem. Nie ja mam być dla ksiązki, lecz książka ma być dla mnie. Czuję intensywny dyskomfort, gdy czuję, że ktoś mnie pożera. Niech ci ktoś inny robi obchód, nieświęty Franciszku. Bye. I nie dzwoń do mnie ze swej piwnicy, ok?

Czasami trzeba się rozwijać. Nie można w nieskończoność kolekcjonować pudełek do papierosach marki “egzystencjalne wiwisekcje” czy też “szukanie Boga tak, aby go za szybko, a najlepiej w ogóle nie znaleźć”… Twoja wiara, Franzu? Ależ i owszem. Ty wierzysz. Wierzysz w to, że nikt na tym bożym świecie nie ma wyjścia ze swej celi – tak jak ty. Arogant. Stop.

Lektura Kafki, a zwłaszcza wprowadzenie go do kanonu lektur szkolnych wydaje się efektem dywersyjnego działania jakiegoś złowróżbnego lobby kulturowego. Przemyślawszy do głębi sens, przekaz, wymowę i oddziaływanie jego trylogii musimy dojść do wniosku, że czytanie tych trzech pozycji nie tylko że nic europejczykowi nie daje, ale – być może – skutkuje emanacją niepożądanych nastrojów, wpływów. Są to klimaty ulubione przez francuski egzystencjalizm, pseudo-filozofię, wielką modę i ersatz prawdziwego buntu przeciw uszkodzonemu przez II wojnę światu. W wymiarze jednostkowym fascynacja światem Kafki częśto może skutkować potęgowaniem bezproduktywnej alienacji, chronicznej depresji i przede wszystkim tak poważną intoksykacją psychiki, jaką jest kompleks bezprzedmiotowej, kosmicznej czy wręcz ontologicznej winy, jaką jest nadanie całemu światy rangi niemerytorycznego oskarżyciela ludzi, zabarwienia przeżywania transcendencji w barwach zagubienia, smutku, lęku, zastraszenia, niepewności i wiecznych pretensji do swojego Boga, za to, że… nie istnieje. Pretensji nie wyrażanych a tłumionych w sobie i powodujących zgorzknienie autora, dzieła i dalszą pracę tych niepożądanych emocji w umyśle i duchu czytelnika, im młodszego, tym bardziej na takie przemyślne perwersje estetyczno-duchowe podatnego.
Franzu Kafko, ciebie nigdy nie było. Ty nie żyłeś. Nie dałbym słowa, czy ten mdławo błękitny uniform, w którym podążałeś codziennie do zakładu ubezpieczeniowego – nie był… w środku pusty. I czy dotknięty znienacka – ach, ten nachalny ludzki dotyk, którego tak nie znosiłeś – trącony garnitur – nie rozsypałby się w pół sekundy w kupkę pyłu…

IX   SŁUSZNIE OBSZERNIEJ WYŁOŻONE OBURZENIE AUTORA POWYŻSZEGO ESEJU NA WIEK XX

Nic nie zapewnia takiej satysfakcji, jak niszczenie doskonałości w nimbie osiągnięcia, niż bycie „wielkim” pisarzem nihilistą. Postawię tezę, że nie ma i nie może być prawdziwie wielkich pisarzy, którzy są nihilistami. Tak jak nie może być egoistycznych mistrzów empatii. Ani duchowo rozwiniętych masowych… gwałcicieli. Świat częściowo odszedł od rozumu, to prawda, ale to jeszcze nie powód, by twierdzić, iż nie obowiązuje w nim klasyczna logika. Osobowość miałka, szara i egotystyczna nie stworzy wielkiej prozy. Z poezją i sztukami plastycznymi sprawa wygląda trochę inaczej – są tu możliwe nieliczne wyjątki – ale tymi gatunkami się tu nie zajmujemy. Szeroki oddech prozy i umiejętność wykreowania grupy żywych postaci, odmiennych od ego autora oraz zdolność namalowania lekką i precyzyjną kreską jakiegoś określonego środowiska społecznego, żeby było trudniej, to będącego jeszcze w kontraście lub konflikcie z innym, precyzyjnie sportretowanym środowiskiem –nie są to umiejętności dostępne pewnym typom charakteru i osobowości. Nie mówiąc już o zdolności recepcji procesów społecznych oraz intergrupowych a także o darze i wysiłku wywalczenia dostępu do matrycowego zasobnika idei kierujących jednostkami i grupami. Warunki brzegowe dla wielkiej literatury są ogromnie wysokie. Ich sprofanowanie, sprowadzenie ich do poziomu niderlandzkiej depresji – to „osiągnięcie” późne, objaw XVII-XX wiecznego kryzysu kultury europejskiej, jej banalizacji, materializacji i zapędzenia jej do usług sycących narcyzm i   polityczne konkwisty. Literatura XX w. jest dlatego tak mała, gdyż zbiera owoce dekadencji trzech poprzedników wieków. Jeśli zaczęło się infantylną prozą Woltera – musiało się zakończyć gimnazjalną autopsychoterapią Kafki, sztuką pisania monotonnych, płytkich, zegarmistrzowsko nudnych, pretensjonalnych sprawozdań quasi-medycznych z obszaru swoich niedomogów psychicznych. Czy winny jest Kafka temu, że stał się szemranym geniuszem, wręcz ikoną uzurpacji wielkości artystycznej i to w dodatku taką ikoną, przed którą nikt nie śmie odmówić paść na kolana?

Największym nagim królem sztuki XX w. jest Franz Kafka. Sądzę, że nie za dużo w tym jego winy. Choroba nie jest winą ani jej samoleczenie za pomocą samotniczych warsztatów literackiej (czy raczej „piśmienniczej”, by nie mieszać w to… literatury) terapii zajęciowej. Ostatecznie, co komu do tego, jak ktoś leczy swoje choroby psychiczne. Jeden tabletkami, inny, męcząc się w biurze i w… swoim życiu – zapisuje stosy kancelaryjnego, firmowego papieru swoimi obsesjami i zwidami swej samozadowolonej depresji. Wina za to jest potężna tych, którzy uboczne produkty jednostkowej autopsychoterapii ogłosili… dziełem geniusza, pierwszorzędną wielkością europejskiej kultury i sztuki. Wynoszenie pod niebiosa wartości marnych, toksycznych, chorobliwych jest odmianą niszczenia prawdy i wartości sprawdzonych, cofaniem ludzkiego imaginarium do etapów już przezwyciężonych, chaoso- i destrukcjogennych. Pospolitowaniem kryterium wstępu do świątyni muz. Proletariatyzacją duchową. Deportacją zdrowego rozsądku. Nudne, płytkie, monotematyczne, chorobliwie introwertywne, wyprane z wszelkiego kunsztu formalnego i psychologicznego zapiski wszelakich zagubionych i wyobcowanych szaraczków – ważne są dla nich samych i dla ich rodziny i kręgu znajomych. Taki rodzaj literatury zawsze istniał – literatura sztambuchowa, pamiętnikarska epistolarna warstw wyższych. Jednak tamte osoby sprzed kilku wieków nie uważały siebie za równych  twórcom takim jak Dante, Goethe, Cervantes. Godzili się z definicji na familiarność ich „twórczości”.

Setki dzienników, listów, kronik rodzinnych różnych dam do towarzystwa, księży, ziemian, średnio utalentowanych arystokratów i szlachciców i tak pozostaje piśmiennictwem większej wartości literackiej i psychologicznej niż patologicznie zakochane w sobie, wymęczone produkty niedomagających duchowo socjopatów i narcyzów XX wieku, gnieżdżących się po różnych Wiedniach, Berlinach i Paryżach, i nazywanych literatami przez zaludniającą to targowisko próżności publiczność, klientelę. Wytwory różnych synów kupców, handlarzy, prawników – ociekające pretensjonalnością, czyli pustą żądzą bycia kimś więcej, niż się jest i z naiwnością prostaczka gilotynujących niedosiężną im wielkość harmonii i piękna. Wielkość nie jest dla szaraczków. Nie możemy pozwalać na taką denominację sensu. W przeciwnym razie skończy się tak, że strażniczki kosmicznego porządku oddalą się ze swego posterunku i spadną nam na głowę wszystkie gwiazdy i planety. Nie chodzi tylko o humbug nadmuchanego geniuszu Kafki. Legion, to jest imię tych nadętych Zeppelinów unoszących się nad naszym zagapieniem się, nad naszym półsnem, w którym tkwiąc powtarzamy androny, bo tak… podają encyklopedie wsiewo mira, albo stempluje w medialnym kołchoźniku jakiś lokalny Reich-Ranitzky, Bauman czy Machejek. Wiek XX roztrzaskał kryteria wielkości dzieła sztuki. Hierarchię wartości postawił na głowie (ściśle wg wskazań niedouczonego pseudofilozofa: Nietzschego, objawiającego przewartościowanie wszystkich wartości, choć i o wartościach i o przewartościowywaniu miał takie pojęcie, jak Kafka o tworzeniu psychologii powieściowej postaci, czyli bliskie zeru absolutnemu). Wiek encyklopedystów (czyli piszących Encyklopedię), tak ktoś nazwał wiek XVII (nawiasem mówiąc, cóż za idiotyczna nazwa…). Tamci to chociaż tworzyli od zera ten swój Grimoire nowobogackiego intelektualnie trzeciego stanu. Wiek XXI to już tylko wiek pleśnienia kserowanych encyklopedii pożeranych przez mole. Otwierając encyklopedie, , bierzemy – zdarza się to nagminnie – rozgniecione, przyklejone do papieru mole – za hasła w Księdze Życia.

                                 Wyznawca Kafki (z lewej na dole)całujący śmiertelny całun

                                                                                                             Wyznawca Kafki (z lewej na dole)całujący śmiertelny całun

Nietzsche wydrwił się z burdy, której nadał samoświadomość, wydrwił się z hucpy, dla której namalował chwytliwe transparenty – uciekł w obłęd. Kafka wyszedł z honorem zakazując publikacji sekretnych ingrediencji swej depresji, choć nie wierzę w autentyzm jego honoru. Zbyt mało śladów dylematów twórczych i wewnętrznych walk znamionujących wielkich artystów jest w jego życiu i dziennikach. Za dużo w ukryciu zazdrościł prawdziwym artystom, takim jak Dostojewski i Flaubert. Znał znikomość wartości swej pisaniny. Podejrzewam go o wyrafinowaną kokieterię, jeśli chodzi o ten zakaz. Człowieku, nie zakazuj publikacji, jeśli uznałeś, że to tynfa warte, tylko sam to spal, jak wielu wymagających od siebie twórców czyniło nieraz. Tak to niemęskie, ten zakaz i cała późniejsza perypetia z „heroicznym” złamaniem owego zakazu przez M.Broda, apostoła naszego fałszywego proroka – tak niemęskie, zważywszy na zerową wartość „ujawnionych światu” elukubracji jednego z setek praskich i wiedeńskich depresantów – że pozostawić może tylko wręcz kosmiczny niesmak… I zadumę, nad potęgą lobby, które rzecz tak małą, może ogłosić tak wielką. I zadumę nad trwałością ułudy. Może jednak przysłowie się myli i kłamstwo… ma baaardzo długie nogi?

Wiek XX roztrzaskał kryteria wielkości dzieła sztuki. I zostawił nas z tym… niewymownym, niemile pachnącym spadkiem. I taplamy się w nim do dziś. Das Meisterwerkchen des Selbstbetrugs. Arcydziełko samoułudy, tym jest po większej części sztuka XX/XXI w. A carem niezliczonych gałganiarzy jest Franz Kafka. Piszę to śmiertelnie poważnie. Piszę to jako zapiekły, wieloletni tegoż Kafki admirator absolutny. Teraz już – były admirator – i błogosławiący boginię Noc, za to, że istnieje Jutrzenka i Świt. I wszystkich walecznych świętych prawdziwej Sztuki za to, że istnieje jeszcze w muzeach i bibliotekach  przebudzenie i katharsis, dwaj nieśmiertelni dworzanie Piękna, szeptem i nienachalnym spojrzeniem wskazujący na zasypaną morzem liści, zanieczyszczoną pokładami fekalii, lecz wciąż żywotną – drogę do Prawdy. Niniejszym, ogłaszam zawiązanie się firmy windykacyjnej, która od dziś zacznie starania o odzyskanie należnego oczom jasnego pola widzenia, przynależnego człowiekowi od momentu stworzenia. Wyjdźmy z duchowej piwnicy. To siedlisko chorób. Wilgoć, kurza ślepota, psychologiczny kult egipskiego Onana, zaduch, kurz, roztocza i somnabulizm w XX wiecznym stężeniu – wykończą nas już wkrótce. Jeśli homerowska Jutrzenka Różanopalca nie potrząśnie porządnie nami, jak zahipnotyzowanym wytłokiem, jak skonsumowanym już w trzech czwartych przez genialne mole – paltem.

X    DZIWNE STARSZE PANIE I POŻEGNANIE Z NIMI

W pewnym momencie lektury zatracamy już swoją tożsamość. Jesteśmy Franzem Kafką i jako już on, rozmontowujemy mechanizm czarnego repetiera, dużej cebuli czasomierza, która została po pradziadku. Mówi się, że dzieci po to rozmontowują przyrządy, by poznać ich budowę. To, w dużej mierze, idealizacja. Przyjemnością o którą tu chodzi nie jest przyjemność poznawcza, lecz, niestety, przyjemność prosektoryjna. Kafka jest mistrzem zakamuflowanego wciągania osób postronnych w postępującą inwolucję. Jak te starsze panie, dziwnie ubrane, które nieraz widujemy na ulicach lub w oknach i które podniesionym tonem i donośnie wykrzykują, same nie wiedzą, czy oskarżenia wobec niewiadomo kogo (czyli „całego” świata), czy prośby, czy groźby. Jeśli ulegniemy ciekawości lub litości i zatrzymamy się, sądząc, że może potrzebują rozmowy, wymiany paru zdań – to już przez długie miesiące się od nich nie uwolnimy. Będą na nas czekać, od rana do wieczora w tych samych częściach miasta. Miasta, które ich przygniotło niewidzialnością swojego Zamku… Panie, które mimo iż ubrane w krzyczący chaos wielu skłóconych barw – są uosobieniem szarości, chodzącą szarością, szkieletem nieludzkości miasta. Wyskakującym ze swym szalonym monologiem zza każdego – zda się – rogu.

Książki Kafki podobne tym starszym paniom w swojej maskaradzie, pełne zmian akcji, różnych postaci i przeżyć – nie mają w sobie ani cienia ruchu, ani jednej emocji i ani jednego człowieka. Są jak zapominana, porzucona przez dzieje legenda, albo raczej jak legendarny wzrok nierealnego bazyliszka, choć zahipnotyzowanie i somnambulizm jakie w nas wzbudza – są aż nadto realne. Żeby to był choć uśmiech bez kota… A to jest tylko zmarszczenie czoła – bez czoła. Grymas – bez twarzy.  Szaman opuszczony przez współplemieńców, każący podróżnikom podziwiać swoje zetlałe, głuche i nieme już bębenki i chcący ich zatrzymać na ich szlaku oraz  usiłujący emocjonalnym szantażem zmusić do połknięcia jakiejś dziwnie pachnącej mikstury, którą nazywa „Tynkturą Kirke” by zamienić ich w półludzi, lub w nieludzi. Książki Kafki to… hospicjum jednego pacjenta. Hospicjum jedyne w swoim rodzaju, bo nie umiera w nim pacjent, lecz opiekujący się nim wolontariusze. Odejdź, „Mistrzu” mrocznej hibernacji, architekcie dusznej  klaustrofobii. Wielki Metafizyczny Transwestyto… Nagi obelisku strojnej impotencji. Koryfeuszu entropii. Ja przejdę mimo. Na wszelki wypadek nie oglądając się za siebie. Zaklęciami żegnam ciebie bezpowrotnie, bo zaklęciami przykułeś mnie ongiś do siebie. Zaklęciami grafitowo czarnej, szarej magii.

Znarf Afkak Sabaoth.

Franz Kafka i hospicjum kultury europejskiej

PS 1 „Rękopisy Franza Kafki trafią do Biblioteki Narodowej w Jeruzalem – zadecydował Sąd Najwyższy Izraela.” – wiadomość z 9.08.2016. Cóż na to powiedzieć… Chyba tylko „Szczęść Boże”. Osiągnęły swoją ziemię obiecaną. Szkoda, że jednocześnie nie wyemigrowały z listy lektur naszych liceów.

PS 2

„—            Ach — rzekła mysz — świat staje się z każdym dniem ciaśniejszy. Z początku był taki szeroki, że się bałam, pobiegłam więc dalej i byłam szczęśliwa, iż wreszcie zobaczyłam z daleka, z prawej i z lewej stro­ny, ściany; ale te długie ściany z takim pędem zbliżają się do siebie, że już jestem w ostatnim pokoju i tam stoi w kącie pułapka, do której biegnę.

—  Wystarczy, że zmienisz kierunek biegu — po­wiedział kot i pożarł ją.” (miniatura zatytułowana „Mała bajka”).

Interpretacja nr 1:

Choroba Kafki to pułapka na mysz albo połykający ją kot. Kafka to mysz.

Uzupełniająca ją interpretacja nr 2:

Dzieło Kafki to pułapka na mysz albo połykający ją kot. Czytelnik to mysz.

Cóż za szczerość i jawność intencji.

Franz Kafka i hospicjum kultury europejskiej

================================================================

Advertisements

1 Comment

  1. piko says:

    Reblogged this on PIKO.

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

Follow wawel on WordPress.com

Archives

%d bloggers like this: